O autorze
Jacek Gąsiorowski, fotograf specjalizujący się w fotografii reklamowej, portretowej i sesjach rodzinnych. Od lutego 2011 przeprowadza wywiady i pisze comiesięczne felietony dla poczytnego miesięcznika dedykowanego amatorom fotografii - Digital Camera Polska. Okres narodzin i rozkwitu branży reklamowej w Polsce spędził za ekranem Macintosha, aby po 15 latach zostać z niego wypędzonym. Zaciekły wróg wszelkich przejawów hipsterstwa, lubi zmywać naczynia i grabić liście. Łysiejący.

Decydujący moment

Przedstawię dziś Państwu dwóch Panów.

Pana Henryka: https://www.facebook.com/pages/Henri-Cartier-Bresson/
i Pana Marcina: https://www.facebook.com/MarcinRyczekFotografia




Obu Panów dzielą wieki, no choćby pokolenia, łączy zaś pewien wąski wycinek rzeczywistości, na którym się dzisiaj spotkaliśmy. Pan Henryk, jego pełne nazwisko Cartier Bresson – jak się pewnie domyślacie, Francuz z krwi i kości, uważany za twórcę i właściciela hasła definiującego sam miód fotografii ulicznej lub też szerzej, społecznej, reporterskiej. Autor setek, jeśli nie tysięcy dobrych fotografii, z których kilka, szczególnie ta jedna z chłopcem dumnie maszerującym z wielkimi butlami w dłoniach, weszła w kanon i stała się ikoną wizualną podniesioną do rangi sztuki.

Pan Marcin, również z krwi i kości, nasz rodak Polak, znany dzięki zdobyczom współczesnej cywilizacji i maszynce do generowania błysków, która nazywa się internet. Pan Marcin miał przyjemność wykonać dobre, klasycznie skomponowane zdjęcie, które jak sam przyznaje, wypatrzył już wcześniej chodząc przez krakowski most na drugą stronę Wisły. Decydującym momentem, w myśl wizji wcześniej wzmiankowanego Henryka, to chwila, gdy na czarno ubrana ludzka sylwetka, skontrastowana na białym jak prześcieradło śniegu, karmi białe łabędzie, skontrastowane z czarną taflą mroźnej Wisły. Ta chwila, ten czas i zachwyt całego świata. Z punktu widzenia Henryka, zupełnie trafiony i uzasadniony ale tutaj wszelkie porównania i podobieństwa kończą się równie gwałtownie jak betonowa, idealnie równa linia wiślanego nadbrzeża.

Pan Henryk na swój status i sukces pracował latami, gdy już osiągnął już swoją pozycję oddał się na stare lata prawdziwej sztuce, czyli malowaniu obrazów, zostawiając swoją spuściznę jako materiał dydaktyczny i estetyczny nowym pokoleniom, które w swoim wysiłku intelektualnym są w stanie obsłużyć jeszcze coś więcej poza Instagramem. Maszynka do generowania błysków (Internet) i sprzężone z nią media wizualne (oko telewizji, ucho radia), codziennie wymyśla sobie takie decydujące momenty – co jest hot, co jest not. Ale żeby zachować ciągłość i poczucie spójności w obserwowanej rzeczywistości, tka również stałą i ciągłą nitkę zdarzeń o jasnej i rozbudowanej chronologii, jak mama Madzi, czy też ponury dramat bigbradera zabójstwa syna pana O. Polityków, ich troskę o ejakulat wyborczy i chocholi taniec ściętej brzozy już nie wspomnę.

Pan Marcin nie był autorem decydującego momentu, on się stał ofiarą tegoż. W całym spektrum i w konsekwencjach. Przypadkowo został wyłapany, przypadkowo zapadła decyzja o eksponowaniu tego ujęcia. Przypadkowo i na szybko zakłada swojego fanpejdża, domyślając się, i słusznie, że ta chwila, ten moment aby ogrzać się w blasku światowej chwały, już nigdy nie wróci. Okazja do zdobycia pakietu 10tys. fanów więcej się zapewne nie powtórzy. Stąd kiść przypadkowych kadrów, zupełnie banalnych portretów z egzotycznych wycieczek, które przy okazji hekatomby informacyjnej, zostały ochlapane sławą zdjęcia przewodnika. Zdezorientowni fani nowo powstałego fanpejdża siłą rozpędu klikną też na kilka banalnych portretów, może i one są wyśmienite? Kto to wie?

Dopóki tych kadrów, kolejny NYT lub choćby Onet nie wskaże palcem tłumowi fejsbukowych owiec, dopóty będą sobie leżeć cicho na fanpejdżu, nie niepokojone - na wieki wieków amen!
Trwa ładowanie komentarzy...