Ich Droga do Boga

Santo Subito
Santo Subito Materiały własne autora
Ten rok miał być przełomem. Chyba musiał nim być, skoro koniec świata się nie udał. Tak oto rzeczywistość zakpiła z marketingowców i odczekała chwil kilka aby wziąć się za wrzody tego świata.

Współcześni Polacy dzielą się zasadniczo na trzy grupy. Tych, co nie obchodzi inna rzeczywistość, poza tą, która płynie do nich wartkim strumieniem bitów ze smartfonów, laptopów, telewizji śniadaniowych czy też programów typu, jak oni żenująco wyglądają. To pokolenie, przez socjologów i polityków nazwane lemingami działa już według nowego, zgrabnego algorytmu kursującego jedynie po zmiennej krzywej napisanej przez korporacyjne zarobki i możliwości konsumpcji poza nawias hipoteczny. Wszyscy wiedzą, że lemingom jest ciężko, podzielili oni los chłoporobotników z lat pięćdziesiątych, zbudowali system, którego scenariusz podsunęli im sprytni politycy, łącznie z Ojcami założycielami początków młodej demokracji. Grupa druga, ta pomiędzy, jest jakaś taka nie wyraźna i zamglona jakaś. Brak jej wyrazistości, praw do ogłupiającej nieświadomości wzmiankowanych lemingów a nie legitymuje się wiekiem, etosem i arogancją grupy trzeciej, najstarszej. Stoją w rozkroku, panicznie szukając pomysłu na bycie lemingiem, choć strój i zabawki do ręki nie przylegają. Zanurzeni w nowe media, nie wierzą im i ta niewiara ciąży im jak kamień. Mają ten przywilej widzieć świat, jego zjawiska, takimi jakimi są, jednocześnie najmniej mają sił aby je kształtować. Spoglądają na złych Ojców, co założyli ten bałagan. Ci wyraźnie już bez blasku, piana z ust im się toczy.



Wszystko to dzieje się w blasku reflektorów. Coś, co kiedyś trwało długo i nawet mało błyskotliwi przywódcy mieli czas przemyśleć swoje decyzje a mało błyskotliwi poddani mieli czas zorientować się, czy są poważnie traktowani. Dziś jedni i drudzy a tacy są w większości, kręcą się w kółko i obijają bezmyślnie po ścianach słoika, w którym wszyscy zostali zamknięci. Poza słoikiem atmosfera jest niezdrowa. Nadlatują stamtąd kawałki skał rejestrowane później przez kamerki samochodowe montowane do utrudniania korupcji przez milicjantów rosyjskich. Cóż za dziwny melanż spraw kosmicznych z typowo przyziemnymi, ludzkimi. U nas w kraju, krainie testów społecznych i gospodarczych też się dzieją sprawy ciekawe. Sejmowi homoseksualiści zapędzili się do pierwszych ławek co nie spodobało się zasiadającym na nich przywódcom, co wielbią walory płci przeciwnej. Przywódca partii palących zioło i opiekun dziewczyn i chłopców kochających inaczej, domniemuje iż jego partyjna koleżanka chce być zgwałcona, sam jest specem od gwałtów mentalnych na wszystkich, którzy staną mu na drodze. Przywódca partii rządzącej tak się odrealnił od rzeczywistości, że postanowił zacząć walczyć z przerażająco dużym bezrobociem. A media skrupulatnie powtarzają rządową wersję słowa, które sprytnie, niczym znane z czasów afery Rywina "lub", pozbawione zostało słowa "rejestrowane". Oznacza to, że nie prawie 15% ale drugie tyle obywateli tego kraju jest pozbawione pracy, stałych źródeł utrzymania. Znakomita część ludzi, nie ma lub utraciła prawo do zarejestrowania się jako bezrobotny. W tym czasie koledzy pana Premiera ostro tweetują, nudząc się jak mopsy na posiedzeniach rządu bo w sejmowych ławach nudzić się nie sposób. Przywódca partii nie rządzącej poszedł krok dalej i na urządzeniu technicznym wyświetlił premiera, też technicznego. Abstrahując od pogardy wobec prawa, jaką tym wyraził, ale Ci co wchodzą w te mury, w pogardzie się tarzają, zrobił całkiem zgrabne przedstawienie skutecznie odwodząc ludzi od meritum sprawy, które to jest już tak nie czytelne jak napisy skorodowanego wraku z numerem bocznym 102. Swoją drogą, to też jest mocno symboliczne. W czasach poprzedniego systemu, 102 kul się nie imał, w obecnych czasach padł z pnia brzozy. Pewien poseł, starszej daty, wypowiada się o diecie swego dzieciństwa, zestawiając swe doświadczenia, gdy jadł szczaw i mirabelki, z dzisiejszymi posiłkami niedożywionej młodzieży. Płacz, krzyk i lament się podnosi. On się już podnosi jak ten poseł otwiera usta. Tego samego dnia program a tym, że marnujemy prawie 40% produktów spożywczych. Poseł etymolog ma w swym szaleństwie dużo racji, jego pokolenie gryzło szczaw, jego rodzice i dziadkowie często gryźli trawę w efekcie znalezienia się na froncie wojny. Te czasy uczyły życia. Dzisiejsze od niego oddalają.

Widząc to wszystko, biały Ojciec składa broń. Może doszedł do podobnych konkluzji co nieodżałowany Lem? Wszedł na tweetera i zobaczył kilkaset milionów głupców karmiących się codziennie strzępkami równoważników zdań, udającymi jakąś sensownie skonstruowaną informację. Los ten podzielił coraz bardziej zagubiony pierwszy przywódca i nadprzewodniczący elektryk. Składa broń, odpina z klapy obrazek, wielki długopis dawno już zlicytowany, coraz bardziej zmartwiony, że przegrał już wszystko. Kardynałowie też tweetują, blogują i cyfrowo ewangelizują. Jedni walczą z drugimi, o dusze, o uwagę, o prawdziwość swojej prawdy, o prawo do prawdzenia, na polu mediów, w blogosferze, przez cyber ataki. Są i tacy, którzy wytestowali już ładunki nuklearne, nie mają internetu, więc zaistnieć mogą jedynie klasycznie. Okazuje się, że nie posiadanie internetu może być nie zdrowe, to jedyny taki przykład w skali globu. Wniosek z tego taki, że cyfrowe płytkie życie wydłuża świata dzisiejszego bycie. Jurek Owsiak wkracza do Ministerstwa Koncernów Farmaceutycznych szukać swych nieużywanych defibrylatorów, obok niego zasiada bez krzty żenady prezes spółki wypłacającej dywidendy dla farmakorporacji, zwany pieszczotliwie i kompletnie bez sensu, ministrem zdrowia.

W międzyczasie, ponad tym wszystkim, gdzieś, gdzie nie dociera ten cały smród spraw ważnych, opakowanych folią hermetyczną, krok po kroku, w krok za myślami idzie w góry kilkoro ludzi. Kontynuują prastarą pieśń naszych przodków, zanurzeni w mistycznym, archetypicznym uniesieniu Drogi do Boga. Tego Boga który objawia się tylko w samotności, w mrozie, porywistym wietrze, na głodzie tlenowym. krańcowo i drastycznie zmęczeni, zdani i pogodzeni ze swoją wolą i ułomnościami, oczyszczają się podprogowo skuteczniej od pątników zadających sobie ból pod pręgierzem z kolcami. Pozbawieni strumienia śmieciowych informacji, wracają w swoich myślach niemalże do wcześniejszych wcieleń. Układają w swoich myślach swoje życie, porządkują je. Jak wrócą na niziny, te ślady będą mocne i trwałe, wyryły się w synapsach jak woda i mróz ukształtowały skały. Oni są wybrani, wybrali się sami, czystością bieli widzianej przez rozrzedzone do granic bólu płuc powietrze. Zdecydowali się oddychać powietrzem niemalże wyzbytym z tlenu. Skazali się sami na ból i udrękę zmęczenia graniczącego z bólem ukrzyżowania. Nie zrobili tego aby dać się zauważyć, nie zrobili tego aby mieć więcej fanów na fejsbuku od Kuby Wojewódzkiego. Robią i zrobili to dla samych siebie, przez nikogo nie zmuszani. Są cisi, niemi i bezgłośni. Nie wnoszą na szczyt kamer na kaskach rejestrujących na żywo każdy ich krok, nie upadają jak baletnice na boiskach ligi mistrzów. Idą, wchodzą i umierają. Śmiercią, którą sami sobie wymarzyli i na którą zasłużyli. Jak skomentował to jeden z internautów, Wy co teraz plujecie, będziecie umierać w bólu i zapachu własnego moczu patrząc tępym, niedowidzącym wzrokiem w migotającą jarzeniówkę niedofinansowanego ojomu w szpitalu powiatowym, towarzyszył Wam będzie fetor strachu za zmarnowanym życiem spędzonym przed ekranem smartfona, telewizora lub laptopa.

"Jakie życie, taka śmierć, nie dziwi nic".
Trwa ładowanie komentarzy...