Buddyzm Zen a sprawa Polska

Boże Ciało 2013
Boże Ciało 2013 materiały własne
Majowo-czerwcowe wiosenne przesilenia dają w Polsce dużo do myślenia. Naród chłopo-robotniczy odżywa po jesienno-zimowym gorzałkowaniu i bierze się za rozbebeszanie swojej własnej, pokutnej historii skundlonych potomków Wallenrodów.

Miałem przyjemność w minioną niedzielę uczestniczyć, jako fotoreporter w procesji prowadzącej zmumifikowane szczątki polskiego świętego najbardziej reprezentacyjnym szlakiem Warszawy. Idąc wiele kilometrów obok szklanej trumny, zostałem dobrze zbriefowany i poinformowany o zasługach tego cierpiącego człowieka. Były momenty, gdy czułem, że jestem bliski panicznej ucieczki z trasy przemarszu, bo opisy wyrywanego języka u podstawy przez dziurę w karku, wyłupywania oczu, czy też zrywania skóry żywcem były ponad moje pojęcie wespół celebrowania odczuć religijnych. Udało się to przetrwać, aby płynnie przejść do opisów cudownie uzdrowionych za wstawiennictwo świętego. Zawsze fascynowało mnie to zjawisko jako świadectwo potęgi ludzkiego (ale nie tylko) umysłu, który poprzez biofeedback, uczucia z rejonów religijnego uniesienia, jest w stanie tak głęboko wpływać na własne ciało i swój własny system nerwowy. Wydaje się to irracjonalne, ale z punktu widzenia nauki jest już dzisiaj całkowicie zrozumiałe. Kolejnym etapem mojej historycznej edukacji, jakiej doświadczałem w roli fotoreportera były kwestie społeczno-polityczne, w tym jakże ważny epizod uratowania przez zmarłego świętego całej Polski i połowy Europy przed bolszewicką zarazą, zwaną Cudem Nad Wisłą. Tak, jak jednostkowe przypadki wyleczeń poprzez silną wiarę, wyzbycie się ego i proces zawierzenia swojej struktury psychiczno-emocjonalnej czemuś, co do nas nie przynależy - jestem w stanie kompletnie zrozumieć i doświadczyć. Tak ustawianie świętego w roli genialnego wojskowego stratega, któremu pomógł także (jak to zwykle bywa) splot szczęśliwych przypadków - to już mnie martwi i smuci, bo odbiera Polakom tę racjonalną wartość siły samostanowienia, organizacji, dyscypliny i woli walki o swoje interesy. W karty historii idzie przekaz, że pasywna postawa może przynieść sukces co jest równie prawdziwe jak wylosowanie asa pik z talii kart. Raz, czy drugi może się udać, ale cena poniesiona za źle wyciągnięte losy jest okrutna i straszna.



Kondukt, po wiekach wciąż żałobny, mija Pałac Prezydencki oraz dwóch szeryfów, co to 4 czerwca wypędzili z kraju sowietów. W zasadzie spóźnili się o jakieś 50 lat ale co tam, wtedy zhandlowali te terytoria za inne skórki i paciorki, w 89 roku przyszli już na swoje, bez jednego wystrzału przejmując ten zapchlony i zapity od podrzuconych darów teren. Wodzowie i szamani terytoriów zaburzańskich otrzymali ulotki z instrukcją, jak stosować nowy produkt demokracją zwany. Efektem tej roszady jest dobrze skonstruowany bezpodatkowy model korporacyjny, a obywatele tego państwa do dzisiaj nie mają prawa do ruchu bezwizowego do kraju szeryfa.

Idziemy więc dalej wraz z procesją mijając ambasadę USA, gdzie w weneckim lustrze postanowiłem ustrzelić fotę. Spotkało się to z ostrą retorsją pracownika ochrony, który myślał, że mój obiektyw wespół z matrycą są w stanie prześwietlić skrzętnie skrywane amerykańskie tajemnice. Maszerujemy dalej i trumna dociera pod pomnik Marszałka Piłsudskiego, gdzie Pan Prezydent, już bez wąsa (słusznie, bo poprzednik miał sumiasty) wyszedł nas powitać, za co został ukarany klasycznie bratobójczymi kalumniami za telewizję Trwam, co nijak się miało przecież do briefingu o czym mamy myśleć, nad czym się pochylać podczas przemarszu. Tuż po tym politycznym, krótkotrwałym rykowisku kolumna rozmodlonych przechodzi pod ambasadą Rosji,większej i okazalszej z resztą niż Belweder Prezydenta, co ma też swoją symbolikę oczywiście. Święty na armacie ciągniony jest przez zielonego Rosomaka jak średniowieczny rycerz Niepokalanej na rumaku zmieniającym się w kartach historii w uskrzydloną husarię.

Wracam wyobraźnią do zafrasowanej twarzy kardynała Nycza. Człowieka, którego znam i szanuję. Za oczy, które mają w sobie dużo ciepła, za wesołą postawę podczas nie formalnych spotkań, za sposób, w jaki odnosi się do ludzi. Współczuje mu roli "zafrasowanego", otulonego w dziejowej martyrologii, okutego w cierpienia, zarówno te polityczne, jak i te nadrzędne, religijne. Parę godzin później spotykam jego astralnego bliźniaka - Roshiiego Jakusho Kwong, spadkobiercę tradycji Zen Soto. Obaj w podobnym wieku. Przyszli na świat w innych kulturach, obaj od dziecka zadawali sobie pewne pytania, które doprowadziły ich do pewnej roli, jaką objęli w życiu. Ich twarze, oczy, głos to dwa światy, dwóch przeciwstawnych sobie kultur i tradycji. Polsko-katolickiej, samobiczującej, pełnej celebracji cierpienia jako esencji scalającej społeczeństwo oraz drugiej, daleko wschodniej gdzie celebracja szacunku dla cierpienia przybiera formę samodzielnej pracy nad własnym rozwojem, aby móc zrobić jedną, jedyną rzecz w tym życiu, jaką zrobić możemy, trwale zanurzyć się w stanie bez boga, będącym jednocześnie jego kwintesencją.

Smutna jest też, ale i wyzwalająca diagnoza Roshiego, że nie widzi on szans dla współczesnego świata zatopionego w neoliberalnym konsumpcjonizmie, gdzie dzieci od maleńkości karmione są uwłaczającymi godnością komunikatami medialnymi gwiazd kultury pop jak Lana Del Rey, która śpiewaja, że jej cipka smakuje jak Pepsi Cola, a powyginane ciemnoskóre wokalistki reklamują na każdym słupie staniki plażowe. W tym całym szaleństwie upadającej cywilizacji dochodzimy do radykalizmów, z jednej strony fanatycznie zamykających się w swoich ideologiach nurtów religijnych, a z drugiej ultra liberalnej cywilizacji konsumpcji i degenerowania jakichkolwiek pozostałych już granic i form ostałych się ze świata odchodzącego. Łatwiej przecież sterować cyfrowo tłumem nieposiadającym reguł, niż takim, który reguły te ma i stosuje. Kraje muzułmańskie bronią się prewencyjną opresją przed jakimikolwiek formami importu cyfrowej demokracji, a w krajach dawnego bloku wschodniego kwitnie przyzwolenie na relatywizm moralny, dalszą i definitywną lobotomię młodego pokolenia, które karmione jest uwłaczającą papką kultury pop i formatami telewizyjnymi.

Wczorajsze spotkanie prowadził znany podróżnik, autorytet w swojej dziedzinie, Marek Kamiński. Podobnie jak tłumaczący spotkanie, ja też na początku nie wiedziałem, dlaczego jego osoba została wybrana do zadawania pytań chińskiemu mistrzowi zen. Ale po czasie zrozumiałem tę przewrotną intencję. Spięty i nerwowo kręcący się Pan Marek przyniósł swoje doświadczenie, na wskroś zachodnie, osobistego poszukiwania mistycyzmu, w tej formie ucieczkowej, którą i ja niestety wyznaję. Gdzieś w samotni, podczas marszu, w drodze dziesięciu tysięcy kroków - do celu. Podczas samotnego, dotlenionego dialogu z myślami. Ale ten idący, prący naprzód zachodni zdobywca, po osiągnięciu celu nie umie się już zatrzymać, siedząc nieruchomo wpada w panikę poszukując jakiegoś celu, do którego znów mógłby dotrzeć. Bardzo pięknie zobrazowana metafora, która pokazała mi, że idąc w procesji, wieczorem usiadłem u celu na spotkaniu z roześmianym staruszkiem. Kimś, kto jest zakodowany w każdym z nas, jako wzorcu do spięcia życia, klamrą szczerego śmiechu dziecka i promyków w oczach starzejącego się ciała staruszka.

"Dzięki mocy medytacji możesz zaakceptować cokolwiek ci się w życiu przydarza. W skrócie sprowadza się to do akceptowania wszystkiego, co spotykasz w życiu - zarówno tego, co dobre i pozytywne, ale też tego, co trudne. Więcej będzie tych trudnych rzeczy i trzeba te trudne przemieniać. Każdy z nas musi umieć je przyjąć. Musimy przyjmować to co nas spotyka. Kiedy możesz wszystko przyjąć, to niczego się nie boisz. Nawet śmierci, nawet życia. To jest wspaniałe. Nie boisz się nawet życia." - Roshi Jakusho Kwong

Czytelniku. Przypominasz sobie, jak dobrze się czułeś, jak się czegoś nie bałeś, nawet życia?
Trwa ładowanie komentarzy...