O autorze
Jacek Gąsiorowski, fotograf specjalizujący się w fotografii reklamowej, portretowej i sesjach rodzinnych. Od lutego 2011 przeprowadza wywiady i pisze comiesięczne felietony dla poczytnego miesięcznika dedykowanego amatorom fotografii - Digital Camera Polska. Okres narodzin i rozkwitu branży reklamowej w Polsce spędził za ekranem Macintosha, aby po 15 latach zostać z niego wypędzonym. Zaciekły wróg wszelkich przejawów hipsterstwa, lubi zmywać naczynia i grabić liście. Łysiejący.

Czy wiedziały gały co widziały?

autor Karl Burke z projektu The Harvest of Death v.2
autor Karl Burke z projektu The Harvest of Death v.2 materiały prasowe Fotofestiwalu w Łodzi
Jak wiadomo, żyjemy w kulturze obrazkowej choć z kulturą na co dzień nie ma to zbyt wiele wspólnego. Ponownie odkrywamy co sekundę koło lub, co minutę zjawisko grawitacji. I wszystko to byłoby w uroczy sposób czarujące, gdybyśmy byli dziećmi, choć być może dzisiejsza multimedialna cywilizacja dorosłych do tej roli zdegradowała, a dzieciom nigdy nie pozwoli dojrzeć.

Miesiąc maj wespół z czerwcem przynoszą kulturalnej mapie Polski dwa teoretycznie istotne zdarzenia z pola fotografii, nieśmiało nazywanej artystyczną. Miesiąc Fotografii w Krakowie oraz Festiwal Fotografii w Łodzi. Na tym pierwszym byłem, odbyłem swoją pielgrzymkę. Ten drugi pozwolę sobie przyswoić jedynie zerojedynkowo, oglądając wystawione do Grand Prix projekty wybranych twórców.



Tak to oczom moim na zbrukanym gołębim łajnem krakowskim rynku, ukazał się widok rozległego salonu wystawienniczego poupychanego po różnych knajpach i korytarzach miejsc publicznych. Dzielnie postanowiłem zwiedzać po raz wtóry Kraków, bo miasto to do łażenia po nim jest wprost stworzone. Za każdym wejściem na wystawę traciłem jednak zapał i animusz, próbowałem ratować się nawet golonką z piwem,zadziałało to na jedynie krótką metę .

Ale do rzeczy, bo rzecz umyka, a my tu po to, by ją w garści trzymać. Spośród wielu ekspozycji, wystaw i prezentacji jedną, jedyną uchwyciłem tam w zachwycie. Prezentacje dwóch wystaw jednego autora Simona Mennera, gdzie pierwsza o wdzięcznej nazwie "Kamuflaż", pokazuje wyciągnięte z archiwum STASI zdjęcia jednego, tego samego agenta ze schyłku lat, jak mniemam siedemdziesiątych. Człowiek ten fotografowany w stylu dzisiejszego Sartorialista, gdzieś we wnętrzach biur, urzędów, przebierany jest w coraz to różnorakie ubrania. Celem tego zabiegu miało być wtopienie się w tłum, do którego chciał przeniknąć, zdobyć zaufanie, stać się jednym z nich. Na prezentowanych dużych powiększeniach, w jednym rzędzie i półmroku Bunkra Sztuki, robi to wrażenie zarówno groteskowe jak też inspirujące, odświeżające i odkrywające. Patrząc od strony polityczno-socjologicznej, zabiegi stare jak świat, ubrać się w skórę, aby udawać bawoła, założyć rogi, aby zbliżyć się do płodnej samicy. Od strony wizualnej dokładna kalka i sposób fotografowania modny obecnie wśród wyznawców mody w wersji street. Jednakże najważniejsza jest ucieczka od formy i przekaz od autora, który bawi się z odbiorcą, pokazując mu wprost czym jest odbiór mody, czym jest przebranie, czemu w istocie swej służy i jak zmienia się człowiek poszukujący różnych form zamaskowania swej nagości. Nikt nie spoglądał na te zdjęcia, podczas ich wykonywania z intencją tworzenia sztuki, dziś taka maniera próbuje do tej metki się dostać. Autor wystawy jest Artystą, ale nie przez wykonanie takiego setu zdjęć, ale przez pokazanie, czym one się stają w odbiorze u współczesnego człowieka, któremu pokazano je jako formę prezentacji mody. Inteligentnie i przewrotnie.

Ten sam twórca w projekcie "Z seminarium maskowania się" pokazuje nam tuż obok wielkoformatowe powiększenia leśnych polan, zagajników, łąk z wierzbami. Podchodzę i patrzę, cóż kolejny dokumentalista fotografujący wyrzucone torby z śmieciowym żarciem po McDonaldzie. Jednak nie, idziemy krok dalej, okazuje się, że te zdjęcia przedstawiają ukrytego, zamaskowanego snajpera celującego ze sztucera w fotografa uwieczniającego ten banalny obrazek. Mój umysł skręca, odszedł gwałtownie na drugi krąg i przygląda się zaskoczony bezczelnością fotografa, który świadomy banalności wykonanych fotografii postanowił urozmaicić je wtrętem maskującym. Kropkę nad "i" stawia jednak ukryta karteczka z "podpowiedzią", gdzie należy szukać owego snajpera, jeśli po półgodzinnym poszukiwaniu nie znaleźliśmy go samodzielnie na zdjęciu. Eureka, cudownie, dokonałem odkrycia. Inspirująca metafora współczesnego świata artystycznej fotografii, tej internetowej, jak też tej za miliony euro jak zdjęcie Andreasa Górskiego, który brzeg Renu sfotografował. Tutaj autor bawi się nami, szukającymi rozpaczliwie sensu w tym, co jest jego pozbawione, podsyła nam wskazówki, pułapki i zrozpaczonych odsyła do ściągawki, abyśmy mogli w końcu dopełnić zrozumienia zamysłu Autora. Najbardziej inteligenta forma oglądania zdjęć z jaką się dotychczas spotkałem. Zderzony z pozornie absurdalną, mega trywialną sztuką nowej dokumentacji, odkrywam jedynie,iż nie znajdę w tej pracy tego, czego w niej nie ma, bo nawet dla Autora jest to świadome i intencjonalnie dostrzegalne. Takim ma być, pokazać absurd subiektywnych, egoidalnych foto wykwitów dzisiejszych czasów. Cały Festiwal o modzie, a tutaj taka piękna puenta, czym jest ten przebrany światek dla odbiorcy.

Lecimy tymczasem do miasta Łodzi, gdzie pośród kilku ujawnionych prasowo zdjęć są "zajawki" projektów walczących o Grand Prix, gładko prześlizgujemy się po mało zrozumiałych oraz bardzo wydumanych pomysłach, wyłapując perełkę, jaką niewątpliwie w moich oczach jest projekt The Harvest of Death v.2 Karla Burke, przedstawiający przeniesione na szklane płyty mokrego kolodionu, obrazy zrzutów ekranowych ze współczesnych strzelanek komputerowych typu FPS. Efekt zadziwiający i pokazujący, podobnie jak wzmiankowane krakowskie zabiegi, że prawdziwy Artysta, nie ten co sobie na fejsbukowym fanpejdżu taką łatę przykleił, umie posłużyć się techniką, formą do zniekształcenia przekazu i świadomie oszukać widza, wprowadzając go w nieistniejący świat pól bitewnych zeszłego wieku.

Dla mnie mistrzostwo obnażające dzisiejszą modę na uwstecznianie się w posłużeniu się techniką, w tym przypadku mokrego kolodionu, gdzie sama technika, oczom zacyfrowionym do wykrwawienia, wydaje się magiczna i taka poetycka mocą swojej ustawy. W zdecydowanej większości, po bliższym przyjrzeniu się, oprócz nieostrości i maziajów, nie zawiera jakiejś specjalnej myśli odautorskiej, a jej równolegle wykonana cyfrowa kopia obiektywem klasy EL raziłaby trywialnością.

Cały ten zgiełk, te samonamaszczenia na projekty i artystyczne wizje pokazują ładnie i dobitnie kto jest nagi, a kto w modę się bawi. W modę na modę, modę na kolodiony, czy też w modę na bycie Artystą. Dwoje twórców użyło ewidentnie swojej głowy, może i kiedyś przyjdzie moda na takie działania, póki co mamy demokrację internetu. Howgh!
Trwa ładowanie komentarzy...