O autorze
Jacek Gąsiorowski, fotograf specjalizujący się w fotografii reklamowej, portretowej i sesjach rodzinnych. Od lutego 2011 przeprowadza wywiady i pisze comiesięczne felietony dla poczytnego miesięcznika dedykowanego amatorom fotografii - Digital Camera Polska. Okres narodzin i rozkwitu branży reklamowej w Polsce spędził za ekranem Macintosha, aby po 15 latach zostać z niego wypędzonym. Zaciekły wróg wszelkich przejawów hipsterstwa, lubi zmywać naczynia i grabić liście. Łysiejący.

Tęcza nadpalonej Niepodległości.

tęcza według Descartesa
tęcza według Descartesa http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/b/bb/Descartes_Rainbow.png
Kilka dni od zdarzeń to dobry moment, aby stygnącą już lawę emocji uformować w pewne wyłaniające się z niej spontaniczne kształty. Zainspirowany zdjęciem - ikoną, przedstawiającym szczęśliwego polskiego rewolucjonistę z flagą narodową na tle dokonanych zniszczeń, przyglądam się wciąż z ciekawością wszystkim mechanizmom, niewidzialnym sznurkom, pociąganym zarówno z głębi historii, jak i ze współczesnych gabinetów, inspirowanych jednak mocno zdarzeniami sprzed setek lat.

Demonstrant z polską flagą na pl. Zbawiciela. W tle płonąca tęcza
Z punktu widzenia fotografii, dynamika tego zdarzenia została pięknie uchwycona . Autor, jak sądzę fotograf-amator (już tylko tacy realizują newsy prasowe), znalazł się we właściwym czasie i miejscu, a zdjęcie to zapewne zgarnie większość nagród krajowych konkursów fotografii prasowej, a autor stanie się zapewne fotografem jednego zdjęcia, przynajmniej z perspektywy dotarcia z nim do tak szerokiej publiczności. Podobnie jak Steve McCurry ze zdjęciem zielonookiej Afganki czy nasz rodak - Marcin Ryczek, z viralowym zdjęciem mężczyzny karmiącego łabędzie. Takie czasy, gdy na każdego demonstrującego, wkrótce przypadać będzie jeden fotograf amator, dumnie reporterem się nazywający, jeden z nich wylosuje szczęśliwy los i z tantiemów za ikoniczne zdjęcie może uda mu się kupić kawalerkę. Patrząc na relacje medialne, odnoszę wrażenie, że takie pochody wyglądają jak jakaś larwa, którą „obskubują” tysiące much w postaci uwijających się w podnieceniu reporterów. Wszyscy w tym procesie zaistnienia mają jakąś korzyść, fotoreporteży swoją złotą chwilę, maszerujący ujście złej energii, squotowcy szansę na demonstracyjne zaistnienie ze swoją anarchistyczną ideologią, środowiska homoseksualne i kościelne, trwające dzisiaj w śmiertelnym klinczu, wykrzykują zderzenie dwóch cywilizacji, politycy i urzędnicy sprytnie podlewają polityczne animozje. Polak się raduje. Cegły lecą. Niepodległość to dopiero wizja przyszłości, wciąż dookoła ktoś każdemu chce ją skraść, squotowcowi, homoseksualistom, katolikom, narodowcom, politykom i rusofobom. Ciężko pokroić tę wolność na w miarę sprawiedliwe kawałki tortu. Najlepiej byłoby ją stracić, bo chyba nie wiemy jak się w niej pomieścić.



Każdy kraj ma taki Dzień Niepodległości na jaki zasługuje, a jego kształt, emocje i wydarzenia to echa dziesiątek i setek pokoleń, które kształtowały ducha narodu. Dzisiejsze czasy epoki Web 2.0 w klasyczny sposób nie są w stanie tego ducha wyrazić. Zatomizowane w podskórnej tkance internetu, frakcji, stylów, gestów, deklaracji, wyrażanych na polu internetowej publicystyki, lawiny komentarzy, zwalczających się potoków nienawiści, potrzebują wyjść na świat i „przewietrzyć” się w coraz mniej widocznej formie realnej bytności, tu i teraz, na ulicy. Wielu z „manifestujących” próbuje połączyć te dwa światy, zakładając kominiarki, podobnie jak skrywający się za nickami, avatarami, anonimowi publicyści dzisiejszej rozgrzanej demokracji 2.0. Prawdopodobnie to Ci sami ludzie, może ich bardziej w klawiaturę „wstukani” bliźniacy, godnie walczący o swoje podeptane racje. Zdarzenia typu manifestacje, pochody i wiece są koniecznym mechanizmem samoświadomości różnych nurtów wewnątrz pozornie na co dzień spójnego społeczeństwa, które wewnętrznie aż kipi od podziałów, antagonizmów i animozji. Umiejętnie, świadomie bądź nie, podsycane i podrzucane punkty zapalne pokazują, gdzie w organizmie gromadzi się skumulowana energia, potrzebująca swojego ujścia. I nie chce mi się wierzyć, że osoby odpowiedzialne za organizację marszu, kierują jego strumień obok ambasady Państwa, które od setek lat prowadziło wobec nas politykę mniej lub bardziej ofensywną, a piłkarzom tegoż kraju rezerwuje się hotel, który de facto jest zintegrowany swoją bryłą z Pałacem Prezydenckim, w którym rezyduje Prezydent obecnie kontestowany przez środowiska silnie odwołujące się do tradycji niepodległościowych. Ekipa polskich piłkarzy równolegle rezyduje w tym czasie w hotelu, w otoczeniu rosyjskiej ambasady. Ktoś robi to celowo lub jest infantylnym ideologiem patrzącym na polską politykę z pozycji życzeniowej biurokracji brukselskiej. Efekty tych działań, włącznie z separowanymi przez wrogie sobie ośrodki władzy lotami na betonowe rżysko smoleńskiego „lotniska” to te tajemnicze sznurki, pociągane z trzewi historii, polskiego, tak charakterystycznego w Europie braku wyobraźni i umiejętności przewidywania konsekwencji swoich działań. Kiedyś doprowadziły one do powolnego, ale konsekwentnego upadku polskiej państwowości, dzisiaj powodują coraz większe wewnętrzne napięcia i autodestrukcję.

Dwa pochody, dwa różne światy. Pierwszy pozytywny, celebrujący, ten co widzi szklankę do połowy pełną. Afirmujący rzeczywistość jako najlepszą z możliwych, w tej chwili nam danych. Drugi ze szklanką w dłoni do połowy już pustą. Dwa krańcowo różne spojrzenia, obydwa raczej deklarują rzeczywistość, niż ją prawdziwie opisują. Kompletne niezrozumienie tych dwóch światów spotyka się w symbolicznym miejscu i momencie. Na Placu Zbawiciela, zaanektowanym dotychczas z nazwy i z racji pobliskiego kościoła przez środowiska katolickie. Tam powstaje tęcza, symbol współczesnego upominania się o pogardzane przez setki lat i spychane dotychczas w rejony wstydu, odczucia i potrzeby środowisk homoseksualnych. Dotychczasowe konserwatywne i katolickie TO, co przez setki lat wrastało w tkankę społeczeństwa z pokolenia na pokolenie, nie może nagle pogodzić się z nowym myśleniem, z perspektywy ewolucji kojarzonym z agresywnym aktem rewolucji obyczajowej. W pewnym sensie zrozumiałe, człowiek jako istota społeczna zmienia się wolniej niż przemiany, jakie oferuje nam galopująca w szalonym pędzie cywilizacja. Może rację mają Ci, którzy mówią głośno, że tęcza powinna stać w miejscach kojarzonych raczej z nowymi nurtami w polityce społeczno-kulturowej współczesnej Polski. Może to trochę getto, ale lepiej tak, niż nieustanne próby podpalania i renowacji symbolu, którego dzisiaj nie da się obronić wśród większości polskiego społeczeństwa. I na nic odwołania do biblijnej symboliki, jaką raczą nam jej twórcy broniąc zaciekle miejsca i odwołując się do nazwy placu, na którym instalacja ta stoi. Skądinąd ciekawe to dla mnie nowinki, ale podobnie rzecz się miała z próbą tłumaczenia swastyki na polskim murze jako azjatyckiego symbolu szczęścia i pomyślności. Tęcza dzisiejsza to już nie tęcza biblijna. Swastyka w tej części Europy nie przyniosła szczęścia jej mieszkańcom. Dawne znaczenia i konotacje zostały wyparte ze świadomości społecznej dzisiejszym, jasnym i konkretnym znaczeniem, niczym klastry dysku twardego nadpisane nowymi danymi.

Cała ta „zabawa” w podpalanie i renowację, to w konsekwencji opium dla polityków, których nikt nie rozlicza z rozwarstwienia i pauperyzacji społeczeństwa. Wygodny temat zastępczy dla młodych, którzy nie mają pracy lub oferuje im się na rynku śmieciowe umowy ze śmieciowym wynagrodzeniem. Niejasny system emerytur, gdzie niechybną rewolucję społeczną kreatywnie księguje się na przyszłe pokolenia. Homoseksualiści i radykalni katolicy, ojcowie pięciorga dzieci, samotni hipsterzy, squotowcy i wandale – każdy z Was jest równy i ma te same potrzeby, chciałby mieć pieniądze na potencjalne leczenie lub sprawny system społecznej opieki, gdy organizm szwankuje, chciałby posłać dzieci do szkoły, mieć pracę zgodną z jego wykształceniem lub pasją, z którą efektywnie może ją wykonywać, która pozwoli mu godnie żyć. Żaden z Was nie stoi w uprzywilejowanej pozycji wobec wysokości raty kredytu (nie dotyczy squotersów), każdy jeździ po tych samych, lokalnych dziurawych drogach i te same demagogiczne reklamy sączą mu się do uszu zatruwając zdolność do konstruktywnego myślenia. Ulegliście misternej pułapce polityków, którzy skatalogowali Was jak konserwy na półce, wszyscy walczycie ale żaden z Was o wspólne dobro.

Tak na zakończenie, w pewien sposób puentę opowiem, że miałem ostatnio przyjemność uczestniczyć w konferencji środowisk związanych z polskim ziemiaństwem, która zafascynowała mnie, przenosząc w świat, klimat i maniery okresu polski przedrozbiorowej. Szlachta ziemiańska, broniąca swojej społecznej pozycji przed gołotą (brukowy odpowiednik tego słowa – hołotą), dumnie wspominała czasy, gdy dyktowała swoje demokratyczne warunki osłabiania struktur silnego Państwa, na rzecz lokalnych frakcji, grup interesów, chwilowych glorii politycznego zaistnienia. Na tym tle, cud odzyskania niepodległości, ładnie cudem (z punktu widzenia uwarunkowań politycznych) przez doktora Osicę nazwanym, jawi się jako zdarzenie bez precedensu i de facto bez udziału i woli obywateli Państwa, które stało się „mimowolnie” niepodległe. Do dzisiaj nie brak w tym kraju sił i ludzi, aby tę mimowolność podgrzewać ogniem sobiepaństwa, uzurpacji, braku tolerancji zarówno z lewa jak i z prawa, z góry i z dołu, z nieba i z piekła. W takim psychicznym, magnetycznym wirze, w tej części Europy żyjemy.
Trwa ładowanie komentarzy...